...Twoje Bieszczady - serwis dla wszystkich którym Bieszczady w duszy grają...

Bieszczady





Polecamy:

Dom na Skale
Brak obsługi Adobe Flash.
Czadzie Sioło
Brak obsługi Adobe Flash. Zainstaluj odpowiednią wtyczkę.
Gęsi Zakręt
Brak obsługi Adobe Flash. Zainstaluj odpowiednią wtyczkę.
Brak obsługi Adobe Flash. Zainstaluj odpowiednią wtyczkę.
Brak obsługi Adobe Flash. Zainstaluj odpowiednią wtyczkę.
Domki nad Soliną
Raj Helmuta
Bieszczadzka kryjówka
Domek Skowronek
Tanie apartamenty
Brak obsługi Adobe Flash. Zainstaluj odpowiednią wtyczkę.


» Miejscowości «

Baligród i okolice
Bóbrka
Buk k.Terki
Bystre k.Czarnej
Cisna i okolice
Czarna i okolice
Daszówka
Duszatyn
Dwernik i Dwerniczek
Glinne
Jankowce
Kalnica k.Baligrodu
Komańcza i okolice
- Mogiła - legenda
- drewniany kościółek
- klasztor Nazaretanek
Lutowiska
Łupków
Mików
Muczne
Myczkowce
Nasiczne
Olszanica
Orelec
Prełuki
Rajskie
Roztoki Górne
Rzepedź
Sękowiec i okolice
Serednie Małe
Smolnik nad Osławą
Solinka
Solina i okolice
- bieszczadzkie zapory
- tajemnica zatoki
Stefkowa
Terka
Uherce Mineralne
Ustianowa
Ustrzyki Górne
Wetlina
Wola Matiaszowa
Wola Michowa
Wołosate
Zatwarnica
Zwierzyń

» Dawne wsie «

Balnica
Beniowa
Bereźnica Niżna
Bukowiec
Caryńskie
Choceń
Dydiowa
Dźwiniacz Górny
Hulskie
Huczwice
Jawornik
Jaworzec
Kamionki
Krywe
Łokieć
Łopienka
- rys historyczny Łopienki
- Chrystus Bieszczadzki
Łuh
Rabe k.Baligrodu
Rosolin
Ruskie
Sianki
Skorodne
Sokoliki
Sokołowa Wola
Studenne
Tarnawa Niżna i Wyżna
Tworylne
- Tworylczyk
Tyskowa
Zawój
Zubeńsko
Żurawin

» Warto wiedzieć | Bieszczady, lata 50.XX w. - fotorelacja

Bieszczady pół wieku temu
Jacek Nawrot

Powojenne dzieje Bieszczadów w świadomości mojego pokolenia zaczęły się właściwie po roku 1950. Bohaterska śmierć generała Świerczewskiego pod Baligrodem, banderowcy, których musiano wysiedlić - tyle nam było wiadomo ze szkoły, i niewiele więcej. Nazwa "Bieszczady" majaczyła gdzieś w tle, wiedziało się tyle, że to gdzieś w Rzeszowskiem i że tam teraz nic nie ma.

Lata pięćdziesiąte w Bieszczadach Lata pięćdziesiąte w Bieszczadach

Informacja, że wytyczono i oznakowano po 52 roku przedłużenie głównego szlaku beskidzkiego aż do Halicza - większości ówczesnych licealistów też nic nie mówiła. Jeśli ktoś chciał chodzić po Beskidach, to najczęściej od Wisły po Krynicę. Dalej na wschód wędrowali całkiem nieliczni: trudno, niebezpiecznie a poza tym nieciekawie.

Pierwszy rajd studencki zorganizowany przez PTTK przeszedł głównym szlakiem w 54 roku. Zaczęły pojawiać się coraz liczniejsze informacje o tym tajemniczym obszarze. Kiedy po 56 roku Towarzysz Wiesław ogłosił, że Bieszczady mają zostać zagospodarowane, temat nagle zrobił się modny w prasie. Poprzednio był niezupełnie "na linii", jak się to oficjalnie mówiło.

My, niespokojne 18-letnie duchy, czytelnicy Curwooda i Londona, marzący o własnych przygodach, dowiadywaliśmy się o dzikich, zupełnie bezludnych obszarach, o pierwotnych puszczach,, o niedźwiedziach, wilkach, rysiach i kłębowiskach żmij, o polach minowych, o drewnianych bunkrach pełnych amunicji i Bóg wie czego jeszcze. Wyobraźnia pracowała. Te Bieszczady miały magnes, mocny magnes. Nie można było tam nie pójść, dla nich warto było nawet zrezygnować z wyjazdu do Francji na winobranie (co było wówczas nieprawdopodobną, zupełnie nową możliwością).

Pierwszym problemem była mapa. Na jedynej dostępnej i dozwolonej były szkicowo zaznaczone grubymi krechami główne grzbiety, czerwony szlak Komańcza - Halicz, przybliżone (całkiem pi razy oko) granice kompleksów leśnych i skupiska pustych prostokącików: nieistniejące już wsie. Na południu parę zaczernionych prostokącików miały: Komańcza, Cisna, chyba również Wetlina. Na wschodzie: Lutowiska, Smolnik, Czarna. (W 57 pekaes z Ustrzyk Dolnych docierał aż do tej Czarnej...). Dawno już nie mam tej mapy. Szkoda. Wędrowaliśmy z nią dwa lata. W 59 udało się zdobyć dobre przedwojenne sztabówki. (Nie trzeba było się tym chwalić, można było "iść posiedzieć"). I w tym samym roku zaopatrzyliśmy się w nowowydany przewodnik Krygowskiego. Wcześniej - była to naprawdę wędrówka w nieznane, wszystko po drodze było jakąś niespodzianką, jakimś odkryciem. Dowiadywaliśmy się, co czuli XIX - wieczni podróżnicy, wędrujący w rejony świata zaznaczone na mapach białymi plamami. Oczywiście, nie te proporcje. Ale tak się to wtedy przeżywało.

Takie one były w naszych wyobrażeniach. I takie poznawaliśmy naprawdę. Ale jednak rzeczywistość miała więcej wymiarów...

Dobrą lekcją okazała się droga z Baligrodu do wideł Wetlinki i Solinki: Stężnica - Radziejowa - Tyskowa - Łopienka - Solinka. Kilka domów w Stężnicy, potem już pusto.

W Radziejowej - pagórek z dziwną kępą częściowo usychających drzew.

 

Te drzewa otaczały kiedyś cerkiew, tu ludzie przychodzili się modlić. Tyle po niej zostało.

 

Ogień musiał być silny. Tyle znaleźliśmy w pogorzelisku. W lewej połowie zdjęcia szklany wisiorek z żyrandola. Zielone szkło, nadtopione w ogniu (mam go do dziś). Stopione fragmenty szyb, zawiasów. I łuska karabinowa.
Co tutaj się działo. Tu już wyobraźnia musiała zacząć pracować od nowa - na innej częstotliwości.

 

Cmentarzyk przy cerkwi. Ten kamienny krzyż na późniejszych zdjęciach już leży w zielskach. Niedługo wsiąknie w ziemię.

 

Panorama Tyskowej. Na drugim i trzecim zdjęciu widać drzewa owocowe: trześnie, śliwy, jabłonki. Niewidoczne na czarnobiałych zdjęciach czerwone pasy kwitnącej koniczyny, zasianej 10 lat wcześniej. Jakby czekała na powrót gospodarzy, obsiewając się samodzielnie z roku na rok. Jest to centrum wsi, która istniała tu od połowy XVI wieku. Środek drogi przez wieś w lewej dolnej części zdjęcia. W niektórych miejscach na środku drogi rosły już olchy. Czasem można było zejść z drogi i nie zauważyć tego.

Tyskowa - cmentarz.
Po cerkiewce została podmurówka.

 

Nie zachowało się zdjęcie niewielkiej kapliczki cmentarnej, drewnianej, z przegnitym już dachem. Wewnątrz były te rzeźby, częściowo opalone w ogniu. Ktoś je ratował, kiedy cerkiew już płonęła.

Kapliczka na przełęczy Hyrcza. Wewnątrz pusta. W kolejnych latach rozpadała się aż do całkowitej ruiny, wreszcie w 1996 roku pięknie odbudowana.

 

Cerkiew w Łopience. W powojennych walkach nie została poważnie zniszczona.

 

Dokonał tego czas i juhasi z Podtatrza, którym "sprzydały się" deski ze stropu i płyty z posadzki, a budynek był akurat dobry dla owiec i krów. Kto wie, może zawahaliby się, gdyby to był kościół, a nie cerkiew? Górale - naród religijny...

 

Kaplica cmentarna w Łopience. Teraz cerkiew i kaplica są starannie odnowione. Pięknie i mądrze zaprojektowano wnętrze cerkwi - bez tynków, bez ozdób, bardzo proste. Zmuszające do pamięci, że nie wszystko, co czynią ludzie ludziom, można przykryć ozdobami.

 

Inna już okolica - Chmiel nad Sanem. Tej cerkiewki nie spalono; w 58 roku pegeer Chmiel miał tu magazyn zboża. Obecnie wyremontowana, czynna świątynia, obrosła drzewami.

 

Cerkiew z końca XIX wieku w Lutowiskach. Doskonale przetrwała wojenne i powojenne burze a nawet przynależność (do 1951 roku) do Związku Radzieckiego. Ale... drewno z rozbiórki przydało się do budowy kościoła w Dwerniku. (Rok 1980 - zabrakło drewna w Bieszczadach?)

 

Dom w Procisnem nad Sanem. Ktoś zapomniał podłożyć ogień. Pięknie rosną pokrzywy, wymagające dobrej ziemi - może tu był ogród przy domu.

 

Dziwny, okrągły kamień wystający z dna potoku, dwie ociosane kłody: młyn w Tarnawie Niżnej, nad potokiem Roztoki. Znalazłem ten młyn na przedwojennej sztabówce

 

W sąsiedztwie resztki płotu w pokrzywach i kępa... wspaniałego rabarbaru. Niby nic takiego - ale po przewędrowaniu kilkunastu kilometrów niezagospodarowanych lasów i zarastających łąk, bez żadnych śladów istnienia ludzi, ten rabarbar robił trochę niesamowite wrażenie. Widoczne na zdjęciu kłody były już mocno zmurszałe. Ścięto drzewa, kiedy młyn jeszcze istniał. Pewno miały służyć do jego rozbudowy.

 

Cerkiew w Komańczy. Greckokatolicki ksiądz, staruszek o zmęczonej twarzy, dał kartkę: "Anastazjo Wasylów, pokażcie panom cerkiew". Anastazja otwarła cerkiew wielkim kluczem. Stała w progu, kiedyśmy podziwiali i fotografowali wnętrze. Nie odezwała się ani słowem, nie odpowiedziała na nasze podziękowania. Patrzyła na nas i to nie był wzrok ani radosny, ani życzliwy. Wtedy jeszcze nie wiedzielismy, dlaczego.

 

Potem cerkiew przejęła parafia prawosławna. Grekokatolicy zbudowali nową. Parafia rzymskokatolicka miała oczywiście swój kościół.

 

Wnętrze cerkwi, ikonostas.

 

Potem stara cerkiew spłonęła, całkiem niedawno. A było to jakby muzeum. Mówił nam stary ksiądz, że kiedy płonęły cerkwie w okolicy, te rzeźby i ikony, które ludzie zdołali uratować, przynoszono do Komańczy.

 

Bardzo różne były drogi i ścieżki, i ślady po nich. Całkiem zarośnięta droga (jak na zdjęciu z Tyskowej) kiedy wspięła się na przełęcz, była zwykłą drogą gruntową bez kępki trawy. Deszcze spłukiwały wszystko z kamieni wrośniętych w stwardniałą glinę, wiatr dokładnie sprzątał nasiona. Nie potrafił tylko posprzątać łusek karabinowych. Na takich odcinkach drogi często można było je znaleźć.

 

Dawnych mostów na potokach oczywiście nie było. Albo można było znależć takie, jak ten, na Rzeczycy między Berehami a Ustrzykami Górnymi. Tak właśnie w 57 roku wyglądała obwodnica bieszczadzka.

 

Inny odcinek obecnej obwodnicy. To już była szosa! Rok 58 - gdzieś między Bereżkami i Stuposianami.

 

Nowy most w Bereżkach, rok 58.

 

Wołosaty jednak nie zaakceptował tego mostu, i most popłynął.

 

I to też fragment głównej drogi po większych deszczach.

 

Rzeka lubiła czuć się swobodnie, ona tu była ważna, nie droga.

 

Rok 60, ten mostek już betonowy, nie popłynie tak łatwo. Ale lepiej nie ryzykować spaceru środkiem drogi.

 

Może nie najwygodniejsze, ale najpiękniejsze były takie ścieżki, których w ogóle nie było. Tutaj podejście z Suchych Rzek na Połoninę.

 

A to "ścieżka" w przełomie Wetlinki blisko jej ujścia. Tutaj pokrzywy nie takie wielkie. Ale czasem szło się kilkadziesiąt metrów, i więcej, osłaniając twarz podniesionymi w górę rękami. (Takie pokrzywy już trudno było fotografować).

 

O wiele dłuższe były przeprawy przez gąszcze olchy, kiedy trzeba było na wyczucie i na azymut dotrzeć do jakiegoś szczytu. Szło się, i szło, i szło, nic nie było widać, nie było wiadomo kiedy wreszcie się skończy ta plątanina chudych drzewek, cały czas jednakowa i nieprzerwana najmniejszą nawet polanką.

 

O ile jednak można było cierpliwie przejść nieciekawe obszary bieszczadzkiej olchy, to wyżej, pod połoninami, gąszcze karłowatego buka były nie do sforsowania. Taka to była zbita plątanina. Tutaj: Dział nad Berehami, podejście na Rawkę, na horyzoncie Połonina Wetlińska i Smerek. Ścieżka miejscami widoczna, miejscami zupełnie ginąca w wysokich trawach. Na głównym, czerwonym szlaku była wyraźniejsza, ale jeszcze zupełnie wąska,"jednośladowa". Teraz jakoś smutno się robi na widok niemiłosiernie rozdeptanych ceprostrad na połoninach.

 

Buki na południowych stokach Caryńskiej. Te już nie były fragmentem gąszczu, miały własną indywidualność. I to jaką!

 

Krzywimy się trochę na kioski sprzedające bilety wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Ale coś za coś: gdyby nie BPN, takich drzew pewno już by w Bieszczadach nie było. A jest jeszcze trochę starych buków i starych jodeł, i są stare cisy.

 

Profesor Wiktor Schramm twierdzi, że w żadnych naszych górach rzeki i potoki nie są tak piękne, jak w Bieszczadach. Wie, co mówi: zna je chyba wszystkie. I my zmienialiśmy filmy w aparatach najczęściej właśnie w dolinach rzek. Tu za każdym zakrętem pojawiała sie zupełnie nowa scenografia. Na zdjęciach po kolei: Wetlinka, San, Wołosaty.

U zbiegu Wetlinki z Solinką.

 

Po deszczu rzeka wezbrana, dno niewidoczne, kamienie śliskie. Ta przeprawa była bezproblemowa. Znacznie trudniej bywało, kiedy woda sięgała prawie do pasa. W pojedynkę przejście wtedy było niemożliwe. Szło się szeregiem uformowanym wzdłuż nurtu, jeden człowiek robił jeden krok, reszta go asekurowała, potem kolejny... Trwała dość długo taka przeprawa, ale można było w ten sposób przejść wodę, w którą bał się wjechać doświadczony traktorzysta na ciężkim ciągniku. Emocja była zbyt duża, żeby pamiętać o aparacie. A szkoda.

 

Koryta potoków nie były ścieżkami spacerowymi, ale warto było tak właśnie wędrować.

 

Tak odkryliśmy skały Sinego Wiru. Być może, że jako pierwsi od dziesięciolecia, bo ścieżek w okolicy nie było, a w głębokich, szmaragdowych baniorach chodziły jeszcze powoli olbrzymie pstrągi, nie niepokojone przez nikogo. Oceniliśmy ich długość na ok. 70 cm. Potem długo miałem wątpliwości, czy to możliwe, czy nam wyobraźnia trochę nie pomogła. Ale prof. Schramm pisze, że przed wojną zdarzało się łowić pstrągi do metra długie. Tak więc nasze Matuzalemy z przełomu Wetlinki zostały zweryfikowane: mogły mieć te 70 cm. To było w 58 roku. Dwa lata później już ich tam nie było. Było trochę śmieci między kamieniami, jakieś puszki z konserw. Taki los każdego skrawka raju.

W skałach nad wodą znaleźliśmy mikro-jaskinię. Spało w niej, trochę ciasno, troje ludzi. Czwarty się nie mieścił, siedział przy ogienku. Pamięta dziś te parę godzin w skałkach nad szumiącą wodą, o wiele dokładniej, niż dzień wczorajszy. Po przeciwległym brzegu "coś" chodziło, ledwie majaczyły w ciemności kształty zwierzęcia, tylko oczy - dwie latarenki błyskały co chwila. Najprawdopodobniej ryś, bo na drugi dzień kolega widział go wyraźnie przez lunetkę, skaczącego po skałach pół kilometra dalej.

Doliny rzek wciśnięte pomiędzy zbocza, jak Wetlinka pod Zawojem.

 

Tutaj na stromym brzegu, nie całkiem jeszcze zarosłym olchą i pokrzywami, drzewa owocowe.

 

I doliny szerokie, swobodnie rozłożone między górami. Dolina Sanu w okolicy Hulskiego. Widać upartą, cierpliwą ekspansję olchy.

 

W przełomie, pod Tołstą, San przyspiesza między zalesionymi zboczami.

 

Bieszczadzka osobliwość: niewielki potoczek, liczący wszystkiego około 12 km od źródeł do ujścia, dwa razy zmienia nazwę. Kolejno jest to: Prowcza, Nasiczniański, Dwernik. Skąd się to wzięło, czy może z patriotyzmu lokalnego, ograniczonego do 4 kilometrów?

 

Najwyraźniej wszystkie wody tej krainy niosły samo zdrowie: nikt nie myślał o zdejmowaniu butów przy przekraczaniu coraz nowych potoków. Buty ("pionierki") mokły i wysychały szybko, kiedy była pogoda, a jeśli padało, były mokre stale. Nikt nie dostał kataru, o jakichś reumatyzmach nie mówiąc.

 

Wołosaty jak żaden inny potok potrafił oszlifiwać swoje głazy i skaliste brzegi. Jeżeli policzyć wszystkie wody spływające do niego powyżej Ustrzyk Górnych, staje się jasne, dlaczego mógł tak gwałtownie przybierać po deszczach. Niesionym żwirem szlifował te skałki całkiem skutecznie.

 

Biwaki, które się pamięta: ten pierwszy, pod Chryszczatą.

 

W Berehach, na miejscu dawnego gospodarstwa; tutaj wieczorem żmija przeszła sobie przez dogasający żar ogniska i spokojnie pomaszerowała dalej.

 

Nie jestem pewien, czy to ją, czy jej kuzynkę sfotografowałem na drugi dzień. Spotykało się je nieraz; nikt im nie dokuczał, one nie dokuczały nikomu. Raz niechcący, wspinając się po stromej skarpie, złapałem biedaczkę za ogon razem z kępą trawy. Oczywiście szybko puściłem, oczywiście szybko sobie poszła.. Żadne z nas nie miało złych zamiarów. (Ale surowica i strzykawka zawsze były w plecaku).

 

Było to tak świetne miejsce wypadowe, że można było zadomowić się na dłużej, a nawet przyjąć sublokatora. Jak widać, maszty, a również i śledzie, rosły na miejscu. Posłanie - to było trochę gałązek świerkowych . (Materace dmuchane były wówczas drogie i bardzo ciężkie, karimaty jeszcze nie istniały). Namioty własnej roboty, dla mniejszej wagi bez podłóg. Dobre śpiwory puchowe mieli taternicy, nas nie było na nie stać, wystarczały koce.

 

Może dlatego w kilku pierwszych dniach nie wszyscy byli rano wyspani. Ale tylko w kilku pierwszych dniach.

 

Tutaj też mieszkaliśmy dosyć długo, i komfortowo: prócz namiotów postawiliśmy szałas pod świerkami. W dole szumiała Wetlinka. Gdzieś blisko miś miał gawrę, ale nie znaleźliśmy jej, ani on naszych plecaków. Stąd można było robić parodniowe wypady zostawiając cały majątek, do namiotów nikt nie trafił, w okolicy nie było śladów ludzkich.

 

Jedna z naszych posiadłości nad potoczkiem spadającym spod Działu do górnej Wetlinki. Tak to się odczuwało: co kilka dni zmienialiśmy posiadłość na jeszcze piękniejszą, o nieokreślonym, ale dość dużym areale. I było to całkiem oczywiste: przecież innych właścicieli nie było. Tutaj również wyżywienie mieliśmy na miejscu: łany olbrzymich borówek. I stąd też żal było się wyprowadzać. (W tle Połonina Caryńska)

 

Owsianka z borówkami na kolację na ciepło, i na śniadanie na zimno. Na obiad ryż z grzybami. Te na zdjęciu zostały zebrane koło namiotu, przez kilka minut. Były jeszcze konserwy, ale zjadało się je na początku wędrówki, bo gniotły w plecy i były ciężkie. Na czarną godzinę wojskowe suchary, które tłukło się na drobno toporkiem na kamieniu (zęby były nieskuteczne) albo rozmiękczało w kocherze, na parze. Na takim wikcie można było świetnie żyć całymi tygodniami.

 

W słoneczne dni dookoła namiotu słychać było głośne terkotanie, migały w powietrzu czerwone skrzydełka: to trajkotki, dalsze krewne pasikoników, bliższe krewne szarańczy. Poza Bieszczadami spotykałem je tylko w Beskidzie Wysokim. Ta trajkotka wodziła mnie za nos przez dobry kilometr; zrywała się zawsze, kiedy już nastawiałem ostrość, leciała kilkanaście metrów i czekała na mnie. Wreszcie jednak się poddała.

 

Po całym dniu wędrówki, po przedwieczornej burzy, świeci nad Wetliną księżyc, schną przy ogniu ciuchy. Jutro znów bliżej nieba, na połoniny.

 

Na oznakowanym szlaku można było spotkać wędrowców takich jak my - raz na kilka dni. Poza szlakiem, na dziko, już nie. Było naprawdę bezludnie. Można było przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że w połowie lat 50-tych na całym obszarze takim jak na tym zdjęciu - "zaludnienie" chwilowe, nie stałe, nie przekracza średnio jednego człowieka na jakieś 30 km kwadratowych. A zaludnienie stałe - zerowe. Tutaj: widok z Hyrczy na południowy wschód. Z prawej strony na horyzoncie Smerek i Połoniny.

 

Tylko pod połoninami urzędowali górale ze swoimi kierdelami. Kiedy wieczorem milczące owczarki nagle podnosiły harmider, pędząc w ciemność, baca mruczał: "ehe, bury sie prziblizo...Idze tam Franek..." Franek brał flintę, szedł w kierunku hałasu, huknął Panu Bogu w okno, wszystko się uciszało, psy wracały, watra kopciła pomalutku. Misie nie były wegetarianami, lubiły czasem coś konkretnego wziąć na ząb, ale nie znosiły, żeby im ktoś hałasem zakłócał konsumpcję. Jednej babci z Baligrodu miś zaczął doić krowę (paskud najpierw doił, potem mordował), babcia złapała patyka leszczynowego, póki biła niedźwiedzia, niewiele się przejmował, ale kiedy go okropnie skrzyczała, obrażając mu matkę i życząc głośno wszystkiego najgorszego - nie wytrzymał nerwowo i odszedł, urażony.

 

Metafora nieprzyzwoicie banalna: chmury przeganiane przez wiatr, jak stado owiec przez pasterza. Ale przecież jednak coś jest na rzeczy...

 

Zachód na Wetlińskiej: ostre światło spod nawisłych czarnych chmur, stożek cienia nasuwający się na świecącą jeszcze jasno Połoninę Caryńską. I gwizd wiatru, prawie zbijającego z nóg.

 

Mieliśmy wtedy trudności z wydostaniem się z opuszczonej strażnicy. Drzwi od strony południowej, otwierane na zewnątrz; napór wiatru był tak silny, że z dużym wysiłkiem udało sie je uchylić, kiedy na moment trochę słabł. Strażnica WOP, jednoizbowa chałupka, opuszczona w 51 roku, stała niezniszczona. W 1957 był to jeden z dwu istniejących budynków w południowo- wschodniej części Bieszczadów. (Drugi w Ustrzykach Górnych, to też była strażnica). Obecnie po rozbudowie i zagospodarowaniu słynna, oblegana przez turystów "Chatka Puchatka". Interesujące - jak długo Miś o B.M.R. byłby w stanie tam wytrzymać?...

 

Podobny "zegar słoneczny" znaczył godziny przed zachodem na masywie Wetlińskiej; tutaj stożek - wskazówka, to cień Hnatowego Berda. ("Hnatowe Berdo" dwieście km dalej na zachód - to byłby "Ignaców Groń") Zdjęcia barwne skanowane ze slajdów, pochodzą już z późniejszego czasu, z 73 roku.

 

Zdumiewający jest tak bardzo zmienny temperament tych gór: od grozy, brutalności, prawie okrucieństwa -

 

- do wyciszonej, ciepłej gry świateł i cieni.

 

Wiatr cichnie, trawy się uspokajają.

 

Na szlaku o tej porze już pusto. Ścieżki (rok 73) jeszcze nie tak bardzo rozdeptane, śmieci, butelek jeszcze nie ma.

 

Kończy się lato. Trawy już dojrzały, żółkną jak zboże.

 

Żniw, sianokosów tutaj nie będzie. Śnieg położy trawy. Wiosną wybije poprzez sprasowany kożuch nowa zieleń. Tu nawet wysoko, ziemia jest bardzo żyzna.

 

Jesienią góry świecą tymi pożółkłymi połoninami, falowania traw z tak daleka nie widać, ale wzrok jakoś wyczuwa, że to trawiaste światło nie jest nieruchome. (Szeroki Wierch widziany z Bukowego Berda)

 

Urwiska Bukowego nawieszone nad doliną Terebowca, w tle Tarnica.

 

Przełęcz pod Tarnicą, źródła Terebowca.

 

I panujący nad doliną Krzemień.

 

Krzemień z trochę innej perspektywy, w innym świetle.

 

Ludzi wprowadzały z powrotem w Bieszczady - konie. Nie te z kowbojskiej legendy lat sześćdziesiątych, galopujące rozległymi łąkami Krywego, Tworylnego, Zatwarnicy. I nie te późniejsze hucuły, obnoszące cierpliwie po górach turystów, pachnących tapicerką samochodową. To były konie, które zrywały buki i jodły z pierwszych wycinek, czasem łamiąc nogi w stromych wąwozach. Które wlokły je bezdrożami tam, gdzie nie był w stanie dopchać się ciągnik lub dychawiczna ciężarówka z jakiejś "Bazy ludzi umarłych". Konie, taszczące w góry pierwsze materiały budowlane, konie ratujące zagrzęzłe w błocie ciągniki. Nie romantyczne, nie snobistyczne, bezimienne konie prawdziwej, ciężkiej roboty, które nie weszły do żadnej legendy. Przykro, i głupio, że kilka zdjęć tych koni przy pracy przepadło mi, że inne się nie udały, niedoświetlone - i w końcu zostało to jedno. Jeśli dobrze pamiętam, są to okolice Stuposian. Kiedy po dłuższych deszczach Wołosaty wezbrał (a mostów nie było), konie przez wiele dni były odcięte od ludzi. I chyba nawet nie czuły sie tym pokrzywdzone.

 

Tutaj ciągnik mógł dojechać. Nad potokiem (Olchowaty? Czy Osława w Duszatynie?) stanął pod gołym niebem tartak polowy, klekocący długim pasem transmisyjnym. Konie ściągały z gór dłużyce, budulec powstawał na miejscu. To rok 1957.

 

Powstawały pierwsze leśniczówki, gajówki (tutaj: w Bereżkach), stajnie dla koni. W 58-mym dwa pierwsze budynki w całkiem pustej Zatwarnicy - to były wielkie, z daleka błyszczące świeżym drewnem stajnie. Budujący je górale donosili sobie chleb ze sklepu w Czarnej. Piętnaście lat później odszukałem te stajnie, zmalałe jakoś i poczerniałe, ledwo widoczne między nowymi domami szybko rosnącej wsi.

 

Na pagórki zaczęły znów coraz wyżej wchodzić uprawne pola, jak te nad Stężnicą.

 

Potem do Bóbrki, Zabrodzia, Soliny weszła wielka woda, na dnie pozostały ślady Podleszczyn, Zawozu, Zadziału, Teleśnicy Sannej, Chrewtu... Tutaj robiłem zdjęcie, zawieszony kilkanaście metrów nad wiejską drogą, po której teraz spacerowały ryby.

 

Te drzewa, uschnięte z nadmiaru wody, stały pewnie nad jakimiś domami.

 

Pniaki na rozkraczonych nogach, podpłukane przez zmienne poziomy wód zbiornika.

 

To dlatego zbiornik retencyjny nie może nigdy zostać prawdziwym jeziorem. Jezioro to przybrzeżne trzciny, grążele, to gniazda rozgadanych perkozów i zrywających się nagle kaczek. Tutaj - metr niżej, dwa metry wyżej - woda nie pozwoli. Chodzą tylko nad wodą umarłe pniaki, jak pająki, póki ich czas nie uprzątnie. Pewnie już uprzątnął.

 

A jednak i ta woda ma swój charakter. Wchodzące coraz wyżej olchy przypominają, że to Bieszczady. Wyspa, która kiedyś była pagórkiem nad rzeką - że inne, nowe Bieszczady.

 

Ta sama wyspa w zbliżeniu. Plamka po lewej - to nasz bagaż płynie pontonem, my tym razem lekkim spacerkiem obchodzimy jedną zatokę po drugiej. Lekko, łatwo. I ładnie tutaj. Kiedyś było trudno, czasem bardzo trudno. I pięknie. Tak to już jest.



tekst oraz zdjęcia: Jacek Nawrot
wszelkie prawa zastrzeżone
www.bieszczady.x.wp.pl

» Praktyczne «

Kamera w Czaszynie

Noclegi
Schroniska
Schroniska PTSM
Bazy namiotowe i chatki
Harcerskie bazy i hoteliki

Mapa Bieszczady - wersja online
Mapy Bieszczadów - recenzje
Mapy wycinkowe - recenzje
Przewodniki
Aktualności wydawnicze

Szlaki turystyczne - opisy
Szlaki turystyczne - wykaz
Czasy przejść
Ścieżki przyrodnicze - wykaz
Regulamin BdPN
Punkty kasowe BdPN

Bieszczadzka Kolejka Leśna
Jazdy konne
Wyciągi narciarskie
Muzea
Informacja turystyczna
Przewodnicy
Przewoźnicy (Bus)
Przejścia graniczne
Traperska przygoda - tabory

» Warto wiedzieć «

Trochę historii
Podział (granice) Bieszczadów
Losy bieszczadzkiej ludności
Różne plany rozwoju Bieszczadów
Na wyniosłych połoninach BdPN
Nie tylko Wysokie
Sieć wodna
Jaskinie
Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady
Z psem w Bieszczady
Rejsy po Zalewie Solińskim
Snowgliding w Bieszczadach
Bieszczadzkie szybowiska
Bieszcz. Centrum Nordic Walking
Wędkarskie eldorado na Sanie
Geocaching

Fauna Bieszczadów
Flora Bieszczadów

Zagroda pokazowa żubrów
Leśny Kompleks Promocyjny "Lasy Bieszczadzkie"

Ukraińska Powstańcza Armia
Karol Wojtyła w Bieszczadach
Bieszczady pół wieku temu
Karpackie niebo
Wypał węgla drzewnego
Sery w Bieszczadach
Bieszczady w filmie

Polowanie w Bieszczadach

Reportaże

Rozmaitości bieszczadzkie

» Cerkwie i cmentarze «

Cerkwie drewniane w Bieszczadach
Cerkwie murowane
Kapliczki w Bieszczadach
Dawne cmentarze, cerkwie i cerkwiska
Ikonostas
O ikonie słów kilka
Bojkowszczyzna Zachodnia. Ochrona zasobów kulturowych - działania praktyczne (pdf)

Cmentarze żydowskie (kirkuty)
Cmentarze ewangelickie Bandrów i Stebnik (Steinfels); cm. gr.kat. w Stebniku
Cmentarze wojskowe w Komańczy
Cmentarz wojskowy w Lesku

Kościół w Woli Michowej

Obelisk UPA

» Wyprawy piesze «

Tarnica z Wołosatego
Halicz z Wołosatego
Bukowe Berdo z Mucznego
Krzemień
Szeroki Wierch
Połonina Caryńska
Połonina Wetlińska
Smerek (wieś) - Smerek - Połonina Wetlińska - Brzegi Górne
Cisna - Jasło - Smerek (wieś)
Suche Rzeki - Smerek
Dwernik-Kamień
Pętla: Wetlina - Riaba Skała - Czerteż - Kremenaros - Rawki - Dział - Wetlina
Mała i Wielka Rawka z p. Wyżniańskiej
Ścieżka "Berehy Górne"
Chryszczata z Komańczy
Chryszczata z Jeziorka Bobrowego
Szlak Huczwice - Chryszczata
Jaworne - Kołonice - Jabłonki
Krąglica
Hyrlata
Szlak graniczny Łupków - Balnica
Przełęcz nad Roztokami - Ruské
Przełęcz nad Roztokami - Okrąglik - Jasło
Jasło i Okrąglik ze Strzebowisk
Łopiennik
Opołonek i Kińczyk Bukowski
Przysłup Caryński z Bereżek
Korbania z Bukowca
Korbania z Łopienki i Tyskowej
Suliła
Wola Michowa - Balnica szl. żółtym
Z Balnicy do Osadnego
Do Solinki z Żubraczego
Bukowiec - Sianki - Źródła Sanu
Tarnawa Niżna - Dźwiniacz Górny
Brenzberg - ścieżka
Krutyjówka - ścieżka
Tworylne i Krywe z Rajskiego
Terka - Studenne
Otaczarnia w Bukowcu
Rajskie - Studenne (most)
Przysłup - Krywe
Zwierzyń - Myczków
Tyskowa i Radziejowa ze Stężnicy
Lasumiła - najgrubsza jodła
Jodła k.Pszczelin - opis ścieżki
Stare Procisne, ścieżka
Dwernik - Procisne, ścieżka
Przez bieszczadzki las - ścieżka Nasiczne - Sękowiec
Holica z Ustianowej - ścieżka
Hylaty - ścieżka hist-przyrodnicza
Huczwice - ścieżka geologiczna
Komańcza - ścieżka dydaktyczna
Jawornik - ścieżka
Gminny szlak Baligród
Bukowy Dwór - ścieżka przyrodnicza
Po ekomuzeum w krainie bobrów
Dolina Potoku Zwór

» Warto zobaczyć «

Wodospady i kaskady
Jeziorka Duszatyńskie
Jeziorko Bobrowe
Sine Wiry
"Gołoborze" i dolina Rabskiego
Rezerwat "Przełom Osławy"
Rezerwat "Śnieżyca wiosenna w Dwerniczku"
Torfowisko "Tarnawa"
Torfowisko "Wołosate"
Jaskinie w Nasicznem
Grota w Rosolinie
Rezerwat "Hulskie"
Młyn w Hulskiem
Dziewiętnastka - pkt. widokowy
Przełęcz Wyżna - pkt. widokowy
Zagroda pokazowa żubrów
Mini-zoo w Lisznej i Myczkowcach
Koziniec kamieniołom
Skałki Myczkowieckie
Ogród biblijny w Myczkowcach
CKE Myczkowce; miniatury cerkwi
Zielony domek w Ustrzykach G.
Muzeum Historii Bieszczad
Klasztor w Zagórzu
Droga krzyżowa w Zagórzu
Sanktuarium w Jasieniu
Most podwieszany w Dwerniczku
XIX-wieczny most kolejki
Radoszyckie źródełko
- legenda o radoszyckim źródełku
Kamień leski
Nowe pomniki przyrody w dolinie Osławy i Kalniczki
Góry Słonne
Rezerwat Sobień
Rezerwat "Polanki"
Góry Słonne - pkt. widokowy
Ekomuzeum Hołe
Pomnik Tołhaja
MBL Sanok - skansen w Sanoku
Park miejski w Sanoku

» Ski-tour;

Hyrlata (1103 m) zimą
Matragona (990 m) zimą
Osina (963m n.p.m.)
Płasza, Kurników Beskid, Okrąglik

» Rowerem «

Trasy rowerowe

» Samochodem «

Trasy samochodowe
Stan dróg w Bieszczadach
Parkingi

» Słowacja i Ukraina «

Zalew Starina (Słowacja)

Projekt Rozłucz
Jasienica Zamkowa
Stara Sól
Bieszczady Wschodnie - relacja z wyjazdu 2005
Czarnohora, relacja z wyjazdu 2006


Serwis nasz a przede wszystkim współpracujący z nami reklamodawcy
zbierają i przechowują tzw. pliki cookies zarówno do np. statystyk,
jak i w celach reklamowych. Szczegółowe informacje na temat tych plików
znajdują się w naszej Polityce prywatności

© Twoje Bieszczady / Bieszczady Serwis 2001-2017
Twoje Bieszczadyon